KSIĄŻKA Z WYOBRAŹNIĄ

16b

Odbieram telefon od K., który całkiem poważnym tonem informuje mnie, że nie jest w stanie obsłużyć książki, której zakup przeżywałam jak żaba ciążę. Mówi, że naciska, ale nic się nie dzieje. Przynajmniej nie to o czym opowiadałam od tygodnia. Druga natomiast to bardziej dziura niż książka. Taka książka z dziurą.

Odpowiadam drwiąco, że nie umie obsłużyć książki, która jest przeznaczona dla dwulatka. Z ironią okraszam to w sobie tylko znany sposób i oczekuję na przyjazd mojej upragnionej, interaktywnej książki, z której kropki w moim wyobrażeniu będą wyskakiwać poza stronę po ich naciśnięciu.

Matka tradycjonalistka czytając hasło „interaktywna” nie była w stanie wyjść poza schemat dzisiejszej komputerowej rzeczywistości. Interaktywna musi świecić, zapalać się, gasnąć, bąbelkować i najlepiej robić jajecznicę. Musi być urządzeniem, które informację przetworzy i zaskoczy nas swoją reakcją. Błąd. Wielki błąd. Jak cudownie zaskakujący błąd.

Wiecie jak brzmi pierwsza część definicji słowa INTERAKTYWNOŚĆ? Wujek Google i ciocia Wikipedia już wyjaśniają:
Interaktywność (ang. interactivity, łac. interactus – dosłownie: czyn wzajemny) to pojęcie z dziedziny komunikacji. Oznacza zdolność do wzajemnego oddziaływania na siebie, przez komunikujące się strony.

Wiecie kto w książce Herve Tullet’a jest stroną odbierającą bodźce i mającą na nie w prawidłowy sposób reagować? Wasze dziecko! Wy! Tak, tym razem nie książka piszczy, skacze, miauczy, ale to ona wydaje polecenia. To ona wciąga w zabawę, która trwa aż do ostatniej strony. To ona zachęca do przewrócenia kartki.

Jej prostota przerasta w pierwszej chwili. Myślisz. Damn it! Za co płacę?
Za wyobraźnię drogi czytelniku! Za przestawienie jej w tryb ON. Zbyt długo pozostajemy w opcji odbierania bodźców. Przyszedł czas na interakcję.

Have fun!

17b18b19b1415b16b20b21b11

 

fot. Łukasz Kowalski

Nacisnęła – zadziałało! Uwolniłyśmy kropkę! Interaktywność jednak istnieje. Uf, jesteśmy uratowani:)