CO Z TĄ BAJKĄ?

Dziś opowiem Wam jak złą matką bywam od czasu do czasu. Dodam, że świadomość popełnianego błędu czyni mnie we własnych oczach jeszcze bardziej wyrodnym rodzicielem.
Ale do rzeczy, znacie ten filmik?

Autor doskonale go zatytułował.
Piosenki dla dzieci. Zestaw. 25 minut na kawę dla rodzica.

Rozłóżmy więc tytuł na czynniki pierwsze:
Piosenki – czyli nie krzywdzę dziecka za nadto. Piosenki są przecież zdrowe/wskazane/rozwijają słuch/uczą wyczucia rytmu itd.
Zestaw – czyli ktoś to przemyślał, skomponował, dobrał a w doborze doradzało mu pewnie stado ekspertów
25 minut – optymalnie, za krótko by wyrzuty sumienia cię zżarły
na kawę dla rodzica – tu jest haczyk, wędka i spławik. kawa. synonim chwili spokoju. chwili dla siebie.

Po takim rozbiorze na czynniki pierwsze już chwytam za pilota, już włączam aplikację YouTube i wtenczas przypomina mi się tekst Cioci Nishki  (TEN) i życie wraca do normy. Przecież Hania ma skończone 19 miesięcy a nie 24. Czyli kawa pozostanie zimna. A post opublikowany w środku nocy. Sytuacja przemyślana – koniec wpisu. Żeby to jednak było takie proste…


No to co z tą bajką? Po prostu czasem nie da się inaczej. Są dni, chwile, w których dziękuję Temu tam na górze za cud jakim są internety.  Za chwilę, w której mogę spokojnie pokroić mięso bez Hani skaczącej u mej nogawki. Już słyszę te hejty i słodkie docinki: „możesz to zrobić w trakcie drzemki”. Jasne. Mogę. Bo drodzy kochani drzemka trwa 60 minut i nazwana została już przez wszystkich najmądrzejszych idealnym czasem na:

-krojenie mięsa
-zmywanie
-gotowanie w ogóle
-pranie
-mycie toalety
-robienie Chodakowskiej
-depilację
-malowanie paznokci
-blogowanie
-nadrabianie zaległości w literaturze
-a nade wszystko na wypoczynek po i przed dniem pełnym przygód!

Jak bardzo złą matką jestem jeśli do tych 60 minut drzemki dorzucę sobie w gratisie 25 minut na kawę? I czuję się jakoś przyjemnie rozgrzeszona. Szczególnie kiedy przypomnę sobie radosny taniec Hani podczas oglądania filmiku i wspólny taniec pofilmikowy z mamą w roli głównej.


A na koniec tego krótkiego i radosnego wpisu przytoczę Wam kilka sytuacji (tak, matka to baczny obserwator), w których przywołany powyżej film uratował życie przypadkowo napotkanym matkom:

1. Podróż – widziałam już smartfony/tablety przyczepione w różny sposób, w różnych miejscach samochodu
2. Oczekiwanie w kolejce w sklepie – kiedy usłyszałam Panią, za mną w kolejce, puszczającą kaczuszki swojemu synkowi poczułam się od razu jak w domu. I nawet kolejka wydała mi się jakby krótsza:)
3. Spotkanie towarzyskie trwające zbyt długo dla dziecka – kawiarnia – stolik obok nas siedzą dwie koleżanki z dwójką maluchów i po dziesiątej próbie dokończenia pierwszego zdania kapitulują i włączają kaczuchy

That’s the way life is.


Nie byłabym sobą, gdybym nie napisała jeszcze dwóch zdań. Jestem przeciwniczką bajek dla takich maluchów jak moja Hania, ale jestem też człowiekiem. Człowiekiem nieidealnym na wielu płaszczyznach.  I niech tak pozostanie. Jeśli więc ten zlepek muzyki puszczony dwa/trzy razy w tygodniu ma sprawić, że poczuję się lepiej to to robię. Dla dobra mojego dziecka.