KARMIENIE NOWORODKA. CZTERY PRZEŁOMOWE DECYZJE, KTÓRYCH NIE ŻAŁUJĘ

laktator2

Przed urodzeniem Hani miałam plan. Plan na wszystko: na poród, na karmienie, na wspólne zabawy, na bycie mamą idealną, na kolejną ciążę, na wprowadzanie pokarmów. Mogłabym wymieniać dalej, ale chyba już czujesz co chcę napisać? Planowanie jest super, pod warunkiem, że planujemy coś na co mamy bezpośredni wpływ. A na naturę wpływu nie mamy i właśnie dlatego wszystkie moje plany trafił szlag!

Przed urodzeniem Marysi (trzy lata później)  plan mocno okroiłam. Już nie było ważne jak, ważne było tylko żebyśmy zachowały spokój i naprawdę cieszyły się chwilą. A to czy urodzę naturalnie, czy dostanę znieczulenie, czy będę karmić z piersi czy pomoże mi butelka zastąpiłam myśleniem, że liczy się nasze WSPÓLNE DOBRO i żadna położna laktacyjna, żadna ciotka klotka nie nazwie mnie złą matką, jeśli obok dobra Marysi postawię na równi także moje dobro.

Wiesz o ile wszystko okazało się prostsze? Masz chwilę? Miej! Dziś opowiem Ci o czterech przełomowych decyzjach, które pozwoliły mi cieszyć się z macierzyństwa.
Zacznijmy od początku!

DECYZJA PIERWSZA. 
DZIECKO GŁODNE A MLEKA W PIERSI BRAK. DOKARMIAĆ CZY NIE?

Hanię urodziłam w bólach i z traumą jak stąd na Florydę. Pomyślałam więc, że skoro obie żyjemy to już sukces i teraz będzie tylko dobrze. Położna podała mi Hanię do karmienia, oświadczyła, że każda Mama ma w piersiach mleko, poklepała po plecach i poszła a ja zgodnie z wytycznymi dumnie wypięłam pierś do przodu, złapałam ową pierś chwytem „na hamburgera” nie zaś „na papierosa” i cholera okazało się, że jestem kosmitką! Wymęczoną porodem kosmitką, bo z piersi nie pociekło nic. Ni kropelki siary. Ni kropelki mleka. Po godzinie popłynął już chyba pierwszy pot, ale musiał być słony bo Hania sama zrezygnowała z dalszego ciumkania i poszła spać.

Na szczęście moje dzieci to spokojne i wyrozumiałe istoty, do tego skłonność do spania odziedziczyły po mnie, dlatego podobna sytuacja miała miejsce jeszcze pięć razy na przestrzeni pierwszej doby. Doby, którą często jako matki dostajemy w gratisie (dziecko jest jeszcze najedzone i wcale nie upomina się o posiłek). Zrozumiałam to naszej drugiej wspólnej nocy kiedy Hania, głodna, budziła się co godzinę. Ciumkała, ciumkała, dostawała kropelkę i usypiała, by za kilka minut znów płakać z głodu. Jeśli jeszcze nie znasz mnie na tyle by wiedzieć, że co mnie nie zabije to mnie wzmocni, to uwierz mi na słowo, że pozostawałam niewzruszona i dzielnie karmiłam stając na rzęsach.

Położne zmieniały się i każda miała dla mnie lepszą radę niż poprzednia. Wytrwałość. Lepszy chwyt. Rozgrzewanie. Pobudzanie laktacji laktatorem. Przystawianie do piersi co pół godziny, (albo częściej). Wszystko to pewnie dobre i sprawdzone rady, tylko jakoś pomijały całkowicie moją osobę. Tak jakby oczywistym było, że matka po 17 godzinach porodu bez znieczulenia, wypychaniu dziecka, które traci tętno, trzech omdleniach i naderwanych przywodzicielach ma niespożyte siły. Do tego ma psychikę niezdartą i bez zająknięcia przez dwie doby co pół godziny z uśmiechem będzie służyć piersią podczas gdy jej pierwsze, jedyne, ukochane dziecko płacze z głodu.

Do dziś zapamiętam więc twarz korpulentnej położnej, która nad ranem dnia trzeciego wkroczyła na salę. Zobaczyła mnie zalaną łzami, zmęczoną, bezsilną i zapytała jakby to było najbardziej oczywiste pytanie „Kochanie Słodkie, dlaczego nie podasz Maleńkiej butelki? Przecież płacze bida z głodu. To że wspomożesz się mlekiem z butelki nie znaczy, że nie będzie chciała jeść z piersi”. Jakby ktoś walnął mnie obuchem w głowę! W zasadzie dlaczego nikt nie zaproponował mi tego wcześniej, skoro Hania na przestrzeni dwóch dób spadł na wadze ponad 400g! (a urodziła się wcale nieduża, ważąc 3010g). I tak oto moje dziecko pierwszy raz od kilkudziesięciu godzin najadło się i padło szczęśliwe na 5 godzin snu. 5 cennych godzin!

W szpitalu zostałyśmy pełne 7 dni z powodu żółtaczki, bakterii i naderwanych mięśni.  Po czterech dniach od porodu moje piersi obudziły się. Butelką wspomogłam się w sumie 4 razy. Za każdym razem było to karmienie nocne. Przed spaniem najpierw pierś, potem butelka. W nocy to samo. I tak oto Hania najedzona spała a ja wypoczęta miałam siłę by walczyć z laktacją za dnia. Walkę wygrałam.

DRUGA DECYZJA.
LEWA PIERŚ NIE MA POKARMU. WALCZYĆ NA ZABÓJ, CZY ZAAKCEPTOWAĆ STAN FAKTYCZNY?

Po szpitalnej walce o dojne piersi przyszło kolejne rozczarowanie. Mleko jest ale tylko w prawej piersi i żaden doradca laktacyjny nie był w stanie zmienić stanu faktycznego. Ani ciepłym słowem, ani zarzutami, że karmię z jednej strony bo tak mi wygodniej, ani pobudzaniem lewej piersi laktatorem zgodnie z każdą sprawdzoną metodą.

Nie pamiętam już ile filmów obejrzałam z laktatorem w dłoni aby po 2 godzinach seansu, z ktorego zasadniczo nic nie wiedziałam, uzyskać 10 ml mleka. No szlag trafiłby każdego.

Znów potrzebne było proste stwierdzenie. „A nie możesz karmić z jednej piersi?”. O Eureko! Mogę. Mogę i tak własnie zrobię! Będę karmić tak długo jak długo Hani wystarczać będzie pokarmu. Wystarczyło nam na 8 miesięcy. 8 miesięcy, podczas których ani razu nie była głodna z powodu niedostatecznej laktacji!

TRZECIA DECYZJA.
LAKTATOR MOIM PRZYJACIELEM. CHCĘ WYJŚĆ DO LUDZI I NIE BOJĘ SIĘ POWIEDZIEĆ TEGO GŁOŚNO.

Od zawsze wiedziałam, że moja miłość do dziecka nie pozbawi mnie miłości do świata. Z każdym dniem kochałam moją córkę bardziej ale bardziej też wiedziałam, że poród nie zmienił mnie jako człowieka i nadal uwielbiam się śmiać (nie tylko z żartów o kupkach i pieluszkach), nadal kocham taniec (nie tylko w rytm Mozarta, Kaczuszek czy Kół Autobusu, które kręcą się) a przede wszystkim nadal chcę być nie tylko Matką, ale również kobietą, żoną, przyjaciółką.

Laktator okazał się rozwiązaniem idealnym. Karmienie mlekiem matki, która to matka może wyjść na trochę z domu i odetchnąć. Może wyjść choćby po to by zatęsknić, nie zwariować i docenić to kim się stała!

Każda z nas jest inna, ale każdej z Was radzę z całego serca by spróbować (jeśli tylko macie wsparcie męża i rodziny). Nie lubię mierzyć się z sytuacjami, w których nie ma planu B. Tak czułabym się wiedząc, że beze mnie moje dziecko nie będzie umiało się najeść. Choćby dlatego tak ważne było dla mnie by Hania umiała jeść z butelki.

CZWARTA DECYZJA.
ODSTAWIENIE OD PIERSI.

Wiedziałam, że chcemy rodzeństwa dla Hani. Wiedziałam też, że w związku z niedoczynnością tarczycy, zespołem policystycznych jajników i milionem innych niesprzyjających okoliczności nie będzie to proste. Dlatego właśnie zdecydowałam, że karmimy się w kluczowych dla noworodka miesiącach a później wprowadzamy do jadłospisu marchewki, brokuły, jabłka, kaszkę i mleko modyfikowane (mm).

Ósmy miesiąc karmienia piersią był więc miesiącem, w którym podczas mojej nieobecności mleko z piersi zastępowaliśmy mm. Obyło się bez komplikacji, bez płaczu, bez kolek, bez alergii i całego Armageddonu który miał nadejść z racji mojej decyzji o odstawieniu od piersi.

Może to kwestia dziecka, może ważne też było jakie mleko wybraliśmy. Na pewno zaważyła na tym nasza stanowczość w decyzji i spokój. Zawsze kierujemy się dobrem dziecka a w naszym przekonaniu największym dobrem jest spokój zachowany przez rodzica.

TO TYLKO TYLE. ALBO AŻ TYLE!

Cztery decyzje, które nie są zapewne spójne z filozofią rodzicielstwa bliskości czy też rodzicielstwa czułości. I co z tego? Ja wybieram rodzicielstwo miłości! A miłość matki do dziecka, nie ma w definicji słowa karmienie piersią, współspanie, czy przebywanie z sobą 24h na dobę.

Miłość to oddanie dla drugiego człowieka. Bezinteresowne oddanie. Ale nie tylko oddanie, bo gdyby miłość zawsze oznaczała zapominanie o własnej osobie to z biegiem czasu każdy by się z niej wypisał. Szacunek do siebie to też miłość do dziecka.

Piszę o czterech ważnych dla nas decyzjach, bo wiem ile prościej było mi przy drugim porodzie i jest obecnie z Marysią, kiedy decyzje te były już we mnie.

I. W szpitalu znając już swoje ciało jasno zakomunikowałam, że planuję podać dziecku (jeśli będzie głodne i będzie tracić na wadze) mleko modyfikowane, które sprawdziło się przy pierwszym porodzie [dostępne w szpitalu w małych jednorazowych buteleczkach. Gotowe porcje po 60 ml.]. Uniknęłyśmy tym samym stresu, nieprzespanych godzin i nerwów. Laktacja rozkręciła się szybciej.
II. Lewą pierś zostawiłam w spokoju.
III. Z laktatora nadal korzystam. Nadal bez wyrzutów sumienia.
IV. Od ósmego miesiąca znów planuję wprowadzać mm.

Wszystkie decyzje dotyczyły szeroko pojętego tematu karmienia. Tematu wałkowanego na wszystkie sposoby na forach, blogach i w poradnikach dla perfekcyjnych mam. Każda z nich utwierdziła mnie tylko w przekonaniu, że warto starać się sprostać zadaniu, ale jeszcze bardziej warto myśleć logicznie.

Karmienie noworodka to nic innego jak dbanie o to by nie był głodny, by przybierał na wadze i rósł. Filozofii można doszukiwać się wszędzie, tylko czy warto?

Cieszcie się macierzyństwem i nie bójcie się podejmować decyzji zgodnych z Wami i Waszym ciałem.

 

Jeśli szukacie więcej informacji o wprowadzaniu mleka modyfikowanego, bo podobnie jak ja będziecie rezygnować z karmienia piersią warto zajrzeć na stronę:
http://www.enfamil.pl/pl/articles-videos/karmienie-mlekiem-modyfikowanym-i-karmienie-laczone

Czemu zaufałam właśnie im? Bo to ich mleko pomogło mi w pierwszych dobach przy karmieniu. I tak już z nami zostało.

  • Sylwia Antkowicz

    Wiesz, ja do dzisiaj jestem wdzięczna każdej położnej, która nie „wpycha” od razu buteleczki. Rodziłam 12 godz, co zakończyło się cc, więc też zmęczona mogłam być. Przez pierwszą dobę tak jak napisałaś dziecko nie potrzebuje dużej ilosci jedzenia – wystarczą kropelki ;) I to że dziecko na początku spada na wadze (pierwszy tydzień) jest fizjologiczne, jeśli spadek był ponizej 10%. Pomimo, że miałam mleko i karmienie nie było problemem to i tak słyszałam w szpitalu naciski, żebym na noc wzięła sobie buteleczke z mm… Cieszę się, że nie uległam. Bo wiele mówi się o tym, że kp zwiększa odporność, ale.. mało kto dodaje,że działa to tylko wtedy, gdy dziecko przez pierwsze pol roku bylo wylacznie na piersi. A takich przypadkow jest bardzo niewiele.