SZKOŁA RODZENIA. DLA KOGO?

DSC02312

Każdej znajomej osobie po zajściu w ciążę włącza się instynktowny radar namierzający mamy, przyszłe mamy, doświadczone mamy, brzuszkowe koleżanki itp. Nie widzę w tym nic złego. Sama przechodziłam ten stan. Każda z nas zadaje prędzej czy później to samo pytanie. Szkoła rodzenia – czy warto? To trochę jakby zadać pytanie: czy warto mieć prawo jazdy kupując najnowsze BMW. Nie, jasne, możesz zatrudnić kierowcę. Ale nadal chcesz chyba mieć pewność, że Twój kierowca to dobry fachowiec.

1a

Szkoła rodzenia nie nauczy cię tak naprawdę nic czego gdzieś już nie słyszałaś. Zatem po co i dla kogo? Teraz przejdę do sedna: czy słyszał o nich Twój partner? Czy Tatulek na pewno wie „z czym to się je”. Co czeka go kiedy odważnie wkroczy na porodówkę. Czy wie, że nie wejdzie tam na przedstawienie jako widz, ale jako aktor. Do tego pierwszoplanowy? Uderzę od razu z grubej rury. Dla mnie szkoła rodzenia to był fajny czas. Fajny, ale jakby jej nie było pewnie i tak bym Hankę urodziła. Bo kiedyś matki też rodziły a nie dostarczano im wiedzy w pigułce raz w tygodniu od 16 do 20. Bo matka temat zgłębia sama, na własną rękę. Całe życie z uwagą wsłuchuje się w podobne historie znajomych, z których następnie czerpie wiedzę w chwili kiedy wiedza owa staje się niezbędna.
Ale K.? Czym była szkoła rodzenia dla K.? On na tej szkole pierwszy raz dotknął pieluchy, bodziaka, kaftanika. Usłyszał, że na porodówce nie będziemy rozmawiać o nadchodzących wakacjach, nie będziemy rozmawiać w ogóle. Będę krzyczeć. Płakać. Kląć. Zwalać całą winę tego świata na niego. A on ma mi jeszcze dać w odpowiedzi buzi w czółko.

2a

Pewnie chcesz wiedzieć jaką papką będą Cię tam karmić. U nas plan był całkiem spójny:
1. Szpitale
2. Wyprawka
3. Wózki
4. Poród aktywny
5. Poród
6. Poród
7. Karmienie
8. Karmienie
9. Pielęgnacja
10. Uspokajanie
11. Połóg
12. Noworodek

Czyli zaczęliśmy z z dystansem, potem zostaliśmy obdarci ze złudzeń, że będzie łatwo i miło a na koniec dorzucono nam dawkę upojnych wizji dotyczących nieprzespanych nocy.

I dobrze. I o to chodzi. Chodzi o to, żebyś współdzieliła świadomość nadchodzącego z Ojcem dziecka, które nosisz pod swoim sercem.
Nie daj się wykiwać. Jakże wkurzają mnie Tatusiowe, którzy kozaczą przy każdej nadarzającej się okazji, ale do szkoły rodzenia nie pójdą, na porodówkę nie wejdą. Bo to „ich przerasta”. Przerasta ich widok rodzącej się historii? Przerasta ich widok ukochanej kobiety, która w bólach, jakich oni nie doświadczą nigdy, wydaje na świat dziecko, które w połowie jest nim. Przerasta ich wizja odarcia kobiety z woalu seksownej do…no właśnie do czego? Co musi siedzieć w ich głowach, żeby uważać, że kobieta po porodzie to już nie to samo? Ale to temat na osobną odsłonę tematu porodu i przyjemności z nim związanych.

4a

Będę dziś rzeczowa. Bezbłędnie podam wskazówkę, która przydała się nam najbardziej. Otulanie. O nim nie mieliśmy pojęcia. Nie mylić z tuleniem, nuceniem, smęceniem i przytulaniem:) Zdecydowanie otulanie. Hania przez pierwsze miesiące życia spała jak naleśnik, albo krokiecik. Jak to zwał to zwał. Była owinięta szczelnie przez K. w pieluszkę a my mieliśmy przespane noce. Oczywiście może być tak, że to ona była ideałem i otulanie nie miało nic do tego, ale w mojej głowie rodzi się pytanie. Jeśli przechodzicie przez gehennę senną to powiedzcie szczerze, próbowaliście z otulaniem? Zawijaliście szczelnie, tak jak w życiu płodowym? Czy choć spróbowaliście skorzystać z tej metody? Jest genialna. Absolutnie niezastąpiona.

3a

Jeśli jeszcze się zastanawiasz czy iść. Nie myśl. Idź. Zaprowadź tam Tatulka choćby na siłę. Choćby wbrew. Fajnie jest skakać na główkę, czuć adrenalinę, iść na pełen spontan, ale tym razem to nie ten kierunek. Tutaj potrzeba trochę świadomości. Zresztą, jeśli teraz nie znajdzie czasu na szkołę rodzenia to czy potem znajdzie czas na bycie Tatą? Jeśli teraz nie ma odwagi wejść na porodówkę to czy potem udźwignie nowe-dzieciowe życie?