TEATR CIENI…CZYLI ALTERNATYWA DLA TELEWIZORA DIY

DSC06075

Miesiąc temu postanowiliśmy stać się o krok bardziej liberalni niż dotychczas. Na czym owa zmiana miała polegać? Na ustaleniu reguł korzystania z telewizora. Tak, dobrze widzisz. Nawet my gremialną decyzją dopuściliśmy do siebie myśl, że pół godziny bajek dziennie (ówcześnie wyselekcjonowanych) nie wpłynie źle na Hanię. Przecież wszystko jest dla ludzi! I wystarczy już, że wywołuje konsternację w otoczeniu informując, że czekolada jest dla dorosłych i jak skończy 18 lat to będzie mogła ją jeść:) Rodzice więc ulegli i włączyli Hanię do grona telewizyjnych ziemniaków. Pierwsze dwa tygodnie upłynęły spokojnie i upewniły nas w słuszności decyzji. Cud, miód i orzeszki. Pół godziny luzu dla rodzica to niebywały komfort!

Komfort, który….przerodził się w armagedon! Absolutna katastrofa, której nawet w koszmarach nie brałam pod uwagę! Krzyk i wymuszanie bajki o każdej porze dnia (pozostaliśmy niewzruszeni). Nerwy i agresja do tej pory całkiem nam obce. Tupanie, krzyki i płacz zaraz po zakończeniu bajki.

Może to taki czas. Może to bunt trzylatka. Może pomimo wszystko katastrofa i tak czyhała na nas za rogiem. Ale przyznajcie, że zbieżność wydarzeń rzuca się w oczy?

Co więc nastąpiło? TELEWIZOR ULEGŁ ZEPSUCIU. Koniec i kropka. Nie działa na amen. U dziadków też. I u cioci. Po trzech dniach emocje ustały. Podjęliśmy próby naprawy. Był nawet Pan, któremu nie udało się naprawić (taki mały trik z podstawieniem znajomego, którego Hania nigdy wcześniej nie znała – konieczny, bo nasze dziecko natychmiast samo rzuciło hasło „Pan mechanik naprawi”:). Chwilowo sytuacja wydaje się opanowana. Nie wracamy już do tematu bajek. Zamiast tego znów zostajemy zasypani książkami o każdej porze dnia i nocy. A ja …zamiast bajek czuję się znów gotowa na nowe wyzwania. Bo dziecko wciąż poszukuje nowych bodźców i trzeba głośno powiedzieć sobie, że to cudowne i fascynujące a nie traktować jak skaranie boskie (Werbalizacja pomaga! Powtórzyłam to sobie sto razy i motywacja nadeszła:)

Prezentuje Wam więc dziś, po przydługawym wstępie nasze nowe centrum dowodzenia – teatr cieni.

Do tematu podchodziłam bez większego zapału. Nie mam zdolności plastycznych, więc obawiałam się kanciastych obrazków, które wyjdą spod moich nożyczek. Obawiałam się również, że teatr cieni przegra na wstępie z kolorowymi bajkami, którymi Hania karmiła oczy przez minione dwa tygodnie. Nic bardziej mylnego. To najbardziej trafiony projekt DIY od dawna! Do tego banalnie prosty w wykonaniu i angażujący całą rodzinę.

Co potrzebujemy do wykonania teatrzyku?:
1. Tektura
2. Papier do pieczenia
3. Flamaster do ozdobienia kurtyny
4. Patyczki do szaszłyków
5. Karton czarny z bloku technicznego

Wczoraj odbył się pierwszy wieczorny seans. Rozdałam Hani i Tacie zaproszenia:) Ustawiliśmy krzesła obok siebie. Ja skrywałam się za kotarą z koca. Za mną lampa oświetlała tło i tekturową scenę. Sama czułam ekscytację i wielką radość. Całość dopełniała muzyka sącząca się cicho z głośników. Prawdziwy teatr, no może pomijając nasze piżamowe stroje:)

Na pierwszy ogień poszły dwa ulubione wiersze – Kurczę Blade i Ptasie Plotki.

Mam dla Was kilka zdjęć i całkiem nieobrobiony filmik, nagrany z „rąsi”. Kolejny mam nadzieję pokazać Wam w profesjonalnej formie. Ale ten mnie urzeka. Pokazuje natychmiastowe zainteresowanie Hani, która sama włącza się w przedstawienie.

DSC06069 DSC06076 DSC06080

 

 

Dziś o poranku otrzymaliśmy informację, że dziś przedstawienie wystawia Ona.

Taka duma mnie przepełnia! O taaaaaaka wielka!