WYBIERAM WYCHOWANIE WEDŁUG WŁASNYCH ZASAD

IMG_6150Spędzając czas z coraz starszą i bardziej wymagającą Hanią chcę, jak każda z nas, dać dziecku serce, wiedzę i zabawę w jednym, nie wydając na to fortuny. Zaczęłam więc odczuwać narastającą potrzebę inspiracji, która wpisze się w bieżące oczekiwania moje i Hani. Całymi godzinami przekopywałam internet wyszukując zabaw, które łączą w sobie powyższe cechy. Okazało się, że większość z tych bliskich naszemu stylowi zabawy osadzonych jest w pedagogice Marii Montessori. Tak długo jak mogłam udawałam, że tego nie zauważam. Dlaczego? Bo za żadne skarby nie chciałam zamykać dzieciństwa własnego dziecka w sztywnych ramach metody wychowawczej. Do dziś mam z tym problem, choć mogę jasno przyznać się przed sobą, że metodę Montessori lubię i czerpię z niej garściami, ale nie przesadzam.

Co więc stało się naszą codziennością? Będę przemycać Wam to w postach o naszych zabawach ale dziś przedstawię kilka haseł, którymi mogę opisać zmiany, które wprowadziliśmy do naszej codzienności.

Przeprowadzka Hani do własnego pokoju wydarzyła się w idealnym momencie. Choć metoda Montesorii daje morze wskazówek w zakresie urządzenia pokoju i zabawek, które są z nią spójne ja wybrałam z nich hasło, które nam wystarcza i które rozszerzając według własnych możliwości i chęci może stać się pomocne również dla Was: samodzielność. 

Hania stała się wiekowo przedszkolakiem, dąży do samodzielności i pokój przede wszystkim jest dla niej. Każda półka i szafka, łóżko oraz stolik są skrojone do jej potrzeb i oczekiwań. Część zabawek, które wiem, że nie bawią już tak jak kiedyś bawiły (albo i nie bawiły nigdy:) pochowałam do przezroczystych pudeł w garderobie i tym samym przestrzeń stała się przejrzysta co ułatwia „korzystanie” z niej. Książki posegregowane są ze względu na język (dużo czytamy po angielsku) ponieważ biblioteczka anglojęzyczna jest porównywalna ilościowo z rodzimą. Wspólnie segregowałyśmy tytuły co pozwoliło Hani zrozumieć zaproponowany podział.

Na półkach są bieżące zabawki, które w większości wykonuję sama. Memo dźwiękowe, kolorowe spinacze, przeplatanka, szorstkie litery, drewniane domino DIY uczące kształtów. I wiele, wiele, wiele zalaminowanych tematycznych obrazków, które dodatkowo w moim odczuciu zahaczają o naukę czytania globalnego – każde zdjęcie jest podpisane i dziecko zapamiętuje wzrokowo jego pisownię.

Ale nie jestem przykładną uczennicą Marii Montessori – nie ograniczam się tylko do prostych, drewnianych zabawek. Wiem jak moje dziecko kocha puzzle. Wiem jak lubi gotować „na niby”. Wiem, że lubi wyprawiać przyjęcie dla pluszaków. Budować wyspę dinozaurów albo aranżować pokoje dla małych lal z miniaturowych mebelków. I skoro wiem to wszystko to jak mogłabym nie PODĄŻAĆ ZA JEJ POTRZEBAMI. Nawet jeśli te zabawki nie są stricte edukacyjne, nie spełniają „norm” i wprowadzają chaos w przestrzeni to są nieodłączną częścią dzieciństwa co przynajmniej w moim odczuciu jest dostatecznym powodem by z nich nie rezygnować. Zabawa nie zawsze musi uczyć. Bo wiedza to nie wszystko. Proste zabawy niosą w sobie mądrość i spokój, który ma dla mnie nieocenioną wartość. 

Dzisiejszy wpis miał być początkiem ukazania kulis naszego domowego Montessori a brzmi jak publiczne wyparcie się naszej miłości do wskazówek zawartych w książkach Marii Montessori. Nic bardziej mylnego, to tylko moja ciążowa nieumiejętność ubrania myśli w zdania.

A jak jest u Was? Opieracie się na jakiejś metodzie wychowawczej czy tak jak my słuchacie przede wszystkim dziecka i samych siebie?