Coś Pięknego, czyli krótka historia o tym jak postanowiłam zmienić moje złe nawyki

DSC07899Przyznam Ci się do czegoś. Jak na nietypową kobietę przystało mając do wyboru wizytę u kosmetyczki lub spacer po parku wybieram … spacer. Trudno w to uwierzyć, prawda? Któraż to nie chciałaby spędzić popołudnia u kosmetyczki, która zajmie się jej skórą, skupi na jej potrzebach i wydobędzie piękno? A no ja. Zwyczajnie nie czułam potrzeby dopieszczania swojego ego poprzez wizytę u kosmetyczki. Jakoś bliżej mi w tym zakresie do podejścia, że dbanie o siebie to codzienna kąpiel, czyste włosy i zadbane paznokcie.

Czasem tylko zastanawiałam się, czemu skądinąd dobry podkład do twarzy, położony na skądinąd dobrą bazę nie wygląda najpiękniej. Skóra łuszczy się i przypomina skorupę. Miałam na to swoje teorie i swoje sprawdzone sposoby. Hektolitry kremu wklepywane w twarz aby rano, o zgrozo, znów obudzić się z przesuszoną skórą. Pewnie tak żyłabym sobie w mojej małej skorupce jeszcze długie lata gdyby nie Dzień Kobiet. To taki dzień w roku, z którego lubię się cieszyć. Lubię kwiaty, które nie mieszczą się w wazonach. Lubię czekoladki i to, że data i okazja daje pretekst do zrobienia czegoś „innego”. Kobiecego. Kiedy więc Nina napisała do mnie i zaprosiła na zabieg do swojego Salonu Kosmetycznego zgodziłam się bez wahania. Dlaczego? Bo bardzo się za nią stęskniłam i uznałam, że jak już położę się na łóżku to biedna nie będzie miała wyboru i będzie musiała ze mną pogadać. A nie widziałyśmy się już kilka lat! Uwielbiam ją za to, że jest zdolna, piękna, zawsze uśmiechnięta, u niej szklanka jest do połowy pełna a każdy pomysł wart rozważenia. W całej wyprawie nie brałam w ogóle pod uwagę aspektu wizyty u profesjonalnej kosmetyczki (a nią własnie jest Nina!) i … dzięki Bogu. Gdybym wiedziała jaki zbiorę ochrzan i ile prawdy usłyszę o swojej ignorancji względem własnej skóry pewnie bym spanikowała i ograniczyła się do kwiatów i czekoladek. Ale na szczęście stało się inaczej.

DIAGNOZA

Mojej cerze daleko do czasów świetności, tfu młodości. Jest przesuszona, przetłuszczona, odwodniona i profesjonalnie rzecz ujmując naczynkowa. To tylko niektóre określenia, z którymi przyszło mi się zmierzyć kiedy Nina pod lampą oglądała moją skórę twarzy i dekoltu. Już wiem jak czuje się mucha pod mikroskopem. Miałam ochotę się wiercić i wymknąć przez uchylone okno. Po co mi to? Przecież jestem piękna. Tylko, że piękno (żartuję:) w moim wypadku nie idzie w parze ze zdrowiem i kondycją skóry.
Klamka zapadła, nigdzie nie uciekam. Pozwalam otulić się kocem, rozluźniam i oddaję w najlepsze możliwe ręce. Co więcej, zrezygnowałam z plotek na rzecz edukacji. Nina w tak cudowny sposób opowiada o tym co robi z moją skórą, że nie sposób rozmawiać o niczym innym.DSC07923 DSC07928

Do tego wie jak mnie podejść. Z wykształcenia jestem analitykiem, do mnie najlepiej trafiają liczby i twarde argumenty.
Kiedy zobaczyłam ściągnięty w wyniku mikrodermabrazji naskórek a następnie moja twarz wypiła trzykrotną porcję kremu przewidzianego do zabiegu to był to dla mnie argument, że warto na chwilę rozważyć zmianę starych nawyków. Zrozumiałam, że kremy, które wklepywałam w twarz nie były w stanie przeniknąć w głąb skóry, stąd brak promiennego wyglądu jak za młodzieńczych lat.

KROK PO KROKU. ZABIEGI, KTÓRE SPRAWIŁY, ŻE MOJA SKÓRA POCZUŁA WIOSNĘ.

To fragment dla osób lepiej zorientowanych niż ja, które również lepiej niż ja docenią wielość zabiegów i odżywienia jakim została poddana moja skóra. A dla skorupiaków, niech będzie wskazówką jaki zestaw zabiegów świetnie sprawdzi się jako SOS dla zmęczonej skóry twarzy.

Mikrodermabrazja i zabieg nawilżający HIALURONIC firmy Dr. Belter.

A po ludzku…. mikrodermabrazję zna każdy. To zabieg przyjemny i efektywny. Polega na ścieraniu kolejnych warstw naskórka przez precyzyjnie kontrolowany strumień mikrokryształków.

HIALURONIC (DR.BELTER) to już wyższa szkoła jazdy. Ta część zabiegu podzielona była na kilka przyjemnych epizodów:
1. Po mikrodermabrazji skóra została oczyszczona ze starego naskórka, odświeżona, rozjaśniona i wygładzona a tym samym przygotowana do zabiegu (lepsza wchłanialność składników aktywnych).
2. Następnie została nałożona ampułka z czystym kwasem hialuronowym, którą moja skóra wchłonęła jak ja czekoladę Milka gdy tylko znajdzie się na horyzoncie. Później było już tylko przyjemniej.
3. Masaż na pudrze. Dobrze widzisz! Do masażu używany jest puder sypki, który zawiera kwas hialuronowy i witaminę C i w połączeniu z wodą staje się żelem, na którym wykonywany jest masaż.
To nie koniec! Uwierzysz?
4. Kolejnym etapem było nałożenie maski hialuronowej nawilżającej a na to coccon musse, czyli obrazowo rzecz ujmując pianki, która stworzyła idealny kokon do wchłonięcia się maski hialuronowej pod wpływem ciepła. Na koniec wisienka na torcie.
5. Koncentrat rozjaśniający skórę z witaminą C i krem regeneracyjny z komórkami macierzystymi.
Imponująca lista, nieprawdaż?

PLAN MINIMUM

Nie chcę oszukiwać siebie, ani Niny, ani Was moje kochane kobiety. Od 8 marca nie stanę się kosmetologicznym freakiem. Nie będę leżakowała na kanapie z maseczką raz w tygodniu. Bo to nie jestem ja. To nie mój świat i nie moje zabawki. Ale coś zmienię. Na pewno. I tym czymś jest określenie planu minimum. Lubię minimalistyczne podejście bo wiem, że przy jasno określonych celach, prostych do wykonania, czuję że po pierwsze wykonuję je z przyjemnością a po drugie, i ważniejsze, faktycznie je wykonuję.

Poznajcie mój plan minimum:

1. Mikrodermabrazji dwa razy w roku.
Po zimie, kiedy moja skóra wyczerpana zmiennymi temperaturami, wiatrem, mrozem i śniegiem uwiera i pęka.
W okolicach października. Kiedy skóra zmęczona jest z kolei nadmierną ekspozycją na słońce.

2. Zwiększam spożycie wody. Minimum 4 szklanki wody dziennie. Skóra nawadnia się przede wszystkim od wewnątrz (!)

3. W zakresie codziennej pielęgnacji ograniczam eksperymentowanie. Dałam się namówić na krem do twarzy DR. BELTER (moje najnowsze odkrycie, dostępne tylko w wybranych salonach kosmetycznych. Firma dodatkowo urosła w moich oczach kiedy dowiedziałam się, że aż 84% osób zatrudnionych w firmie to kobiety!). Na preparatach tej firmy oparte były moje zabiegi. Poza tym pozostaję wierna naturalnym kosmetykom IOSSI. Obowiązkowo pamiętam również o kremach z filtrem przez cały rok, żeby przypadkiem nie dorobić się zmian skórnych, z którymi ciężej się walczy.

4. Raz w roku zamierzam poddawać się zabiegowi kwasem migdałowym. Celem dopieszczenia moich małych i figlarnych zmarszczek.

Coś czuję, że będzie z tego Coś Pięknego! Już jest!

P.S Dla tych z Was, które dobrnęły do końca wpisu mam coś specjalnego.
Na hasło Fleximama otrzymacie 15% zniżkę na zabiegi w Salonie Coś Pięknego by Fortecka (z wyłączeniem makijaży). Obiecuję, że nie będziecie żałować. Same zobaczcie jak tam pięknie. Do tego dziewczyny dopieszczają nie tylko ciało, ale i duszę<3
DSC07913 DSC07912 DSC07910 DSC07902